Dorian Widawski

Wyzwanie rzucone teraźniejszości


Archiwum jako projekt

Krzysztof Pijarski we wstępie do książki Archiwum jako projekt zaproponował traktowanie archiwum „jako pewnej potencjalności, wyzwania rzuconego przyszłości”. I właśnie w taki sposób o archiwum myśli zespół przygotowujący wystawę performatywną Motus Mori, którą można było zobaczyć w ramach Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca. Choreografka Katja Heitmann i współpracujące z nią osoby skupiły się na niewystarczalności, a przede wszystkim nieujmowaniu w archiwach życia rozumianego jako ciągły ruch.

Propozycja przeprowadzenia ponad tysiąca rozmów jako odpowiedzi na tak zdiagnozowany problem może zabrzmieć paradoksalnie. Możliwe, że Motus Mori pomyślane jest jako jedyne archiwum, którego celem nie jest zebranie artefaktów, dokumentów i nagrań. Efektem wywiadów ruchowych przeprowadzanych w różnych miastach jest stale rozwijana choreografia. Performerki przyjmują opowieści w swoje ciała. Stają się nośnikiem widzialnych zachowań i usłyszanych historii konkretnych osób. A jednocześnie – opowieścią o podobieństwie i ciągłości ludzkich działań, które nie mają indywidualnego charakteru. Motus Mori pracuje więc w makro i mikroskali jednocześnie. Na poziomie jednostki i całego społeczeństwa.

Miałem okazję wziąć udział w jednym z sześćdziesięciu spotkań składających się na lubelską odsłonę projektu. Chyba po raz pierwszy rozmawiałem o swoim ciele jako czymś, co można poddać archiwizacji. Ciele, które kiedyś przestanie być nośnikiem życia. Jedną sprawą jest słuchanie czy nawet doświadczanie czyjegoś odchodzenia, a inną oddanie własnego doświadczenia jako powidoku po tym życiu. Wywiad ruchowy – inaczej niż się spodziewałem – tworzyła przede wszystkim rozmowa, a nie pozbawione naturalności odtwarzanie zachowań. Ważne były przemyślenia o własnym ciele i zasłyszane obserwacje innych osób. Rozmawialiśmy o spokoju, blokadach emocjonalnych i doświadczeniu śmierci kogoś bliskiego. Przeprowadzająca rozmowę Eleni Ploumi opowiadała o osobach, których zachowania połączyła z moimi. Konkretny ruch odnosił się do różnych uczuć, a na jedną emocję składały się odmienne reakcje. Jest się tylko sobą i wszystkimi jednocześnie.

Archiwum jako ekspozycja

Salę wypełnia elektroniczna i ambientowa, a jednocześnie energiczna muzyka. Nie chodzi jednak o klubowe skojarzenia. To raczej płuco stale przyjmujące i oddające powietrze. W tej sali można zapoznać się ze schematami ruchów zapisanymi na kwadratowych kartach rozłożonych na ziemi. Widzimy imię, wiek oraz informacje o zachowaniach, które performerki przeprowadzające rozmowę uznały za ważne. Plansze wypełniają całe pomieszczenie, a my chodzimy pomiędzy nimi. Skojarzenie z cmentarzem jest ważne dla tego, co będzie dalej. Celem nie jest szczegółowe zapoznanie z rozrysowanymi informacjami unieruchamiającymi cielesną opowieść. Motus Mori jest spotkaniem z żywymi emocjami. Jest także powidokiem po nieobecnych ciałach – cudzych, a także własnym. Ta sala jest tylko wprowadzeniem do zastosowanej metody.

Drugie pomieszczenie wypełniają szare bryły – lampy, na których można usiąść. Ta subtelna scenografia jest dla publiczności miejscem obserwacji, a performerkom tworzy przestrzeń, w której przyjmują i przetwarzają zachowania oraz stojące za nimi historie. Mogą to przerwać, przyjąć rolę obserwatorek czy po prostu odpocząć. Szalenie hipnotyzujące jest oglądanie, jak z poszarzonymi włosami i niemal całkowicie nago poruszają kolejnymi częściami swoich ciał. Robią to bardzo powoli, uruchamiając każdy mięsień i uwypuklając detale różnych zachowań. Nawet najprostszy ruch ręką czy nogą niesie nie jedną, ale wiele historii. Może być bezosobowy lub przypisany do konkretnej jednostki.

Publiczność przyjmowała różne strategie udziału w tym wydarzeniu. Można było podążać za sytuacjami, w których performerki wchodziły ze sobą w interakcję. Jednym z takich zachowań było leżenie, czyli z całą pewnością powszechne doświadczenie. Mimo tego, jedna z par rozpoznała siebie dzięki charakterystycznemu skręceniu ręki przez tancerkę. Odnaleźli siebie w tej codziennej rutynie. Uwagę mogły przyciągać sytuacje, kiedy wszystkie tancerki synchronicznie wykonywały tę samą czynność. Siebie można było rozpoznać na przykład w gestach odwołujących się do zbiorowych wydarzeń religijnych. Wreszcie, jedną ze strategii było podążanie za osobą, która przeprowadzała wywiad ruchowy, jeżeli oczywiście brało się w nim udział. Przy tej metodzie prawdopodobieństwo dostrzeżenia siebie było największe, chociaż wcale nie oczywiste. Jednak to rozpoznanie własnych zachowań było dla mnie szczególnie znaczące w odbiorze Motus Mori.

Najpierw rozpoznałem krzyżowanie stóp opisane przeze mnie w trakcie wywiadu. Punktem odniesienia był trzylatek, który robi to podobnie do mnie, a ja robię to podobnie do niego. Ten ruchowy kadr przeistoczył się w sposób siedzenia, na którym spędzam liczne godziny i niszczę swój kręgosłup. Rozbawiony tą sytuacją przeoczyłem, jak ciało performerki transformowało się do pozycji jednej z bliskich mi osób na kilka godzin przed jej śmiercią – sytuacja, którą zapamiętałem jako ostatnią z naszej relacji i o której opowiadałem w czasie wywiadu ruchomego. Nieczęsto ma się okazję zobaczyć siebie w takim ujęciu i tak dynamicznie doświadczyć różnych emocji. Płynnie, chociaż bez pośpiechu, otrzymałem wgląd w zarchiwizowane dziecięctwo, dorosłość i śmierć.

Archiwum jako partycypacja

Poddanie własnych zachowań archiwizacji w ramach wywiadu ruchowego wyłania się jako najlepsza strategia udziału w tym wydarzeniu. Przede wszystkim trudno opisać obserwowanie tego performatywnego działania z pominięciem osobistego doświadczenia. Mówiąc najprościej – nawiązanie emocjonalnego stosunku wpływa na odbiór wystawy. Jeżeli musimy szukać archiwum, które będzie rezerwuarem potencjałów i „wyzwaniem rzuconym przyszłości”, o czym pisał Krzysztof Pijarski, to Motus Mori jest zrealizowaniem tej utopii. Partycypacyjny charakter projektu – który nie pyta o wiek, płeć czy klasę, a jednocześnie o wieku, płci czy klasie się rozmawia – sprawia, że archiwum staje się platformą relacji z sobą i innymi. Nie ma tu miejsca na zawłaszczenie znaczeń, instytucjonalne etykiety i ukrycie zebranych informacji przed publicznością, czytelnikami czy badaczkami. Motus Mori zaprasza wszystkie osoby do odkrywania zbioru danych, który żyje tylko na naszych oczach.

W materiałach przygotowanych do projektu, Katja Heitmann opowiada o śmierci ojca i matki, po których zachowała niewiele informacji. Szukała sposobu, by zatrzymać rodziców w pamięci, a przede wszystkim móc ich fizycznie doświadczyć. Przedmioty, fotografie czy wideo nie były wystarczające. Sposób znalazła sięgając do wspomnień i pamięci za pomocą cudzych wspomnień oraz cudzej pamięci. A przede wszystkim – cudzych ruchów i zachowań. Przekaźnikiem jest samo ciało. W humanistyce proces ten nazywa się relacją „body to body”. Tak samo przez stulecia były przekazywane pieśni, do czego nie był potrzebny zapis nutowy. Wystarczyło międzypokoleniowe wykonywanie. Ciągłość tego procesu została przerwana względnie niedawno.

Motus Mori jest zapisem licznych rozmów, jeszcze większej ilości życiorysów, a w efekcie także dużej części społeczeństwa. Gdyby było badaniem – prawdopodobnie byłoby reprezentatywne. Ten długi proces, połączony ze spowolnionymi ruchami performerek, można odczytywać jako odniesienie do czasu i ulotności – do śmierci. Można także jako wezwanie do uważności na siebie i innych – a więc do życia. Być może tylko w takim ujęciu archiwum może stać się skutecznym wyzwaniem rzuconym nie tyle przyszłości, ile teraźniejszości. Reprezentatywnym, a nie wyselekcjonowanym zbiorem.


Motus Mori: Museum

choreografia i koncepcja: Katja Heitmann

projekt i koncepcja dźwięku: Sander van der Schaaf

produkcja: Stichting This is not a show

występują: Wies Berkhout, Julia Drittij, Ornella Prieto, Rebecca Collins, Eleni Ploumi, Adina Ternström

asysta artystyczna: Moene Roovers

doradztwo artystyczne: Christina Flick, Ingrid de Rond, Liesbeth Groot Nibbelink

wideo i zdjęcia: Hanneke Wetzer, Jostijn Ligtvoet

wsparcie: Fonds Podiumkunsten, Tilburg, Brabancja Północna